Jak to z OFE było…

Około roku 2001 zakończył się pierwszy etap rozwoju funduszy emerytalnych. Na początku wojny o klienta wszystkie fundusze w rzeczywistości nie wiedziały, czy utrzymają się na rynku. Po kilku miesiącach pojawiła się czołówka funduszy, do których przystąpiła znaczna większość osób chcących zadbać o swoją przyszłą emeryturę. Ilu zatem klientów musiał zdobyć fundusz, aby być pewnym dalszego funkcjonowania i rozwoju? Czy musi ich być milion, czy też wystarczy mniej? Analitycy doszli do wniosku, że działać może fundusz posiadający 300 tys. członków. Pełną gwarancję bezpieczeństwa tej olbrzymiej inwestycji dawało 500 tys. klientów. Dziś kilka funduszy ma powyżej kilku milionów członków.

Drugi filar ubezpieczeń emerytalnych był całkowitą nowością w naszym kraju. W nim właśnie na początku XXI wieku zaczęły działać otwarte fundusze emerytalne. Jak wiemy z informacji o pierwszym filarze, nasze pieniądze przeznaczone na składki emerytalne było dzielone na dwie części. Pierwsza, 15% płacy przed ubruttowieniem, trafiała na konto indywidualne w ZUS. Po wstąpieniu do OFE 9% naszej płacy było przekazywane do funduszu (a właściwie na konto banku-depozytariusza). Fundusze miały składki inwestować w taki sposób, aby przynosiły one jak największy zysk.

Pierwsze lata funkcjonowania systemu emerytalnego spowodowały podział tego rynku finansowego. Początkowo prawo do prowadzenia OFE posiadało 21 Powszechnych Towarzystw Emerytalnych. Tymczasem polski rynek nie był w stanie zapewnić takiej ilości ubezpieczonych, aby wszystkie działały bezproblemowo. Po kilku latach na rynku zostało nie więcej niż 10 funduszy. One właśnie zbierały „śmietankę” przez kolejne lata.

OFE żyło i żyje z dwóch prowizji. Pierwszą, zwaną opłatą od składek, pobierało co miesiąc od każdej kolejnej wpłaty na konto indywidualne klienta. Była to stawka zamykająca się w granicach 4-11%. Dlatego właśnie wszystkim funduszom zależy na zebraniu i utrzymaniu jak największej liczby uczestników. Druga opłata jest bezpośrednio związana z wynikami zarządzania naszymi pieniędzmi. Wynosi ona do 0,6% wartości zarządzanych aktywów rocznie. Jeżeli zatem mamy na koncie 20000 zł i funduszowi uda się powiększyć nasz kapitał o 10%, dostanie za to dodatkowo 12 zł (zamiast 120 zł, bo tyle wynosi ten procent od 20000 zł, zarobi 132 zł). Później opisywana opłata od składek zaczęła się zmniejszać. Było to jednak możliwe dopiero wtedy, gdy fundusze zdobyły pewną ilość klientów (np. 2 miliony). Wtedy na funkcjonowanie OFE wystarczyła już tylko stała opłata za zarządzanie.

Tymczasem okazało się, że największe fundusze wcale nie osiągały najlepszych wyników inwestycyjnych. Były one zarządzały olbrzymimi portfelami. Szacowano, że już po 2-3 latach fundusze zaczną „topić się” w gotówce. Trudno jest bowiem zainwestować milion złotych w ciągu kilku dni, podobnie zresztą jak wycofać się z jak najmniejszymi stratami z dużej, ale nie trafionej inwestycji. Duży fundusz nie może uprawiać szybkiej gry rynkowej, np. kupując i sprzedając akcje już przy zmianach rzędu 20% ceny. Były one zatem skazane przede wszystkim na duże transakcje pakietowe, w których cena akcji często nijak nie odpowiada cenie giełdowej dla mniejszych „rekinów”. Stosunkowo najłatwiej byłoby operować na rynku pierwotnym i wtórnym bonów skarbowych i obligacji Skarbu Państwa. I tu jednak musi pojawić się druga strona: w zależności od sytuacji kupująca lub sprzedająca. Polskie papiery wartościowe mogły nie wystarczyć dla zapewnienia płynności portfeli inwestycyjnych funduszy.

Nasza reforma emerytalna była wzorowana na dokonaniach latynoamerykańskich. W krajach tych już po kilku latach fundusze wywierały olbrzymi nacisk na władze, żądając podwyższenia limitów inwestycji zagranicznych. Żaden rząd nie może oprzeć się presji przyszłych emerytów (będących równocześnie wyborcami), zatem limity udało się podnieść. W Polsce także do tego doszło kilka lat później. Z drugiej jednak strony fundusz posiadający bardzo duże aktywa jest niewątpliwie bezpieczny. Nie grozi mu ani sprzedaż ani upadek. I w ten sposób dla milionów Polaków pojawił się kolejny dylemat: gdyż w dużej większości nie interesowali się oni rynkiem finansowym, a tymczasem właśnie od niego będzie zależeć przyszła emerytura z drugiego filaru.

Koniec tej historii nie jest optymistyczny. W 2013 roku rząd „znacjonalizował” blisko 70% składki kierowanej do OFE (w 2012 roku ponad 12% pensji brutto szło do ZUS, 7,3% do OFE), która została zatrzymana w ZUS, a do OFE przekazywane od tego momentu są zaledwie 2,3% składki, czyli ok. 30% wartości pierwotnej. Przykrywką dla jawnego rabunku składek OFE były opowieści w mediach o tym, że fundusze OFE wcale lepiej nie zarządzają tymi pieniędzmi niż będzie zarządzał ZUS, więc lepiej trafiają one do ZUS. Mimo zrabowania z OFE ponad 150 mld zł, w przyszłym 2015 roku budżet państwa i tak będzie musiał dopłacić do świadczeń społecznych rekordową kwotę 83 mld zł, czyli prawie 30 procent wszystkich wydatków.

Jak widać na pewno nie ma co liczyć, że drugi filar przyniesie nam złote góry. Trzeba więc skorzystać z możliwości ubezpieczeń indywidualnych i zastanowić się nad inwestowaniem własnymi oszczędnościami poza systemem trzech filarów. Może rozwiązaniem byłyby inwestycje na giełdzie, w obligacje czy w fundusz inwestycyjny?